Mieszkała w malowniczej, podlaskiej wsi. Piękne, sielskie widoki, świeże powietrze, cisza, spokój, życie blisko natury. Wszystko niby wspaniałe, ale… Patrycja nie czuła się szczęśliwa. Ani spełniona. Miała 27 lat, nie pracowała, żyła z renty. Mieszkały z mamą i bratem, tata zmarł kilka lat wcześniej. Jej dzień upływał na pomaganiu mamie w kuchni, na opiekowaniu się dużo młodszym bratem, czytaniu – a właściwie słuchaniu – książek, szperaniu w internecie w poszukiwaniu czegoś, co będzie rozwiązaniem jej problemów. No właśnie, ale czego? Od kilku lat praktycznie nie widziała już nic, miała jedynie słabe poczucie światła, chociaż jeszcze w szkole podstawowej jeździła na rowerze. Zauważyła, że coś zaczyna dziać się z jej wzrokiem, gdy nie mogła bawić się na podwórku po zmierzchu. Inne dzieci bez problemu poruszały się wokół niej, ona czuła się jak sparaliżowana. Mama zabrała ją do okulisty. Diagnoza trwała długo, przeszła wiele badań. Pamięta ten moment dokładnie, poważną minę lekarza, kiedy powiedział: retinitis pigmentosa. Nie rozumiała wtedy jego zatroskania. Mama potem długo z lekarzem rozmawiała, wyszła zapłakana z gabinetu. Nie chciała jej od razu powiedzieć, o co chodzi, a przecież Patrycja była już w pierwszej klasie liceum, nie była dzieckiem. Weszły razem do gabinetu. „Kochanie, pan doktor wszystko Ci wytłumaczy, ja tu jestem z Tobą, kocham Cię, pamiętaj”. „Patrycjo”, zaczął lekarz, „retinitis pigmentosa oznacza, że twój wzrok będzie się stopniowo pogarszał. Może się tak zdarzyć, że pewnego dnia przestaniesz widzieć całkowicie. Trudno powiedzieć, jaki będzie przebieg tej choroby u ciebie oraz ile to potrwa, może będziesz jeszcze długo w miarę dobrze widziała, bo ta choroba polega na tym, że stopniowo będą tworzyły się różnego rodzaju ubytki w Twoim polu widzenia. Póki co, nie ma na to lekarstwa. To rzadka choroba siatkówki, niestety mamy pewność, że właśnie na nią chorujesz. Ślepota zmierzchowa jest bardzo charakterystycznym objawem. Powinnaś się dobrze odżywiać, pozytywnie myśleć, ale wiele więcej na razie nie zrobimy, aby powstrzymać rozwój choroby. Być może postęp w medycynie będzie szybszy od postępu twojej choroby, ufajmy, że tak będzie. Warto jednak powoli przyzwyczajać się do myśli o znacznym pogorszeniu się lub utracie wzroku. Mam pacjentów niewidomych, którzy chodzą z laską lub z psem przewodnikiem i świetnie radzą sobie w obsłudze komputera, pracują, zakładają rodziny i normalnie żyją. Chociaż jest trudniej, nie jest to koniec świata”.

Tak, lekarzowi łatwo było powiedzieć, że to nie koniec świata, ale świat Patrycji zawalił się. Sporo jej zajęło zaakceptowanie swojego losu, jeszcze dzisiaj nie może do końca powiedzieć, że jest pogodzona, chociaż jest dużo lepiej. W drugiej klasie rodzice zdecydowali, że przeniesie się do szkoły dla osób niewidomych i słabo widzących. Tęskniła bardzo za domem, ale w szkole nauczyła się chodzić z laską, uczyła się bezwzrokowych metod obsługi komputera. Przynajmniej pod tym względem miała poczucie bezpieczeństwa, że poradzi sobie sama, że jest niezależna. Może nawet kiedyś będzie miała psa przewodnika? Nie podeszła do matury, bo na miesiąc przed maturą zmiany chorobowe bardzo przyspieszyły i nie mogła już korzystać z drukowanych podręczników, a w używaniu syntezatora nie była jeszcze na tyle biegła, aby powtórzyć cały materiał samodzielnie. Nie miała też ani siły, ani motywacji, aby poprosić o pomoc. Poddała się. A krótko potem zmarł tata i zupełnie się załamała. Wpadła w depresję. To były dramatyczne zmiany w jej życiu, z którymi trudno było sobie poradzić. Na szczęście leki antydepresyjne zadziałały i kroczek po kroczku wracała do siebie. Nie miała pomysłu, co ze sobą zrobić, wróciła do rodzinnego domu, chciała być wsparciem dla mamy. O studiach przecież nie miała co marzyć – po pierwsze, nie miała matury, a po drugie, nie miałaby za co studiować. A tak bardzo kiedyś chciała studiować polonistykę… Znajomi z internatu poszli w swoją stronę, tu, gdzie mieszkała, każdy miał swoje życie, niejednokrotnie już swoje rodziny.  Została jej tylko jedna koleżanka, która nie bardzo rozumiała jej problemu. Ona była sama sprawna, widząca, robiła karierę w modelingu w Warszawie, rzadko miały ze sobą kontakt.  Patrycja czuła się samotna, nie miała pomysłu, jak poznawać nowych ludzi. Nie miała kontaktu z innymi chorymi na retinitis pigmentosa, nikogo takiego nie znała ani nie szukała – przecież to w końcu rzadka choroba.

Wciąż czegoś jej brakowało. Czuła, że może więcej, że przecież nie może tak żyć do końca, nie robiąc nic. Lubiła się uczyć, dużo czytała. Chciała też pracować, chciała być użyteczna. Tylko co może robić osoba niewidoma bez matury?

Okazało się, że życie lubi zaskakiwać. Szukając w internecie informacji o swojej chorobie, natrafiła na różne grupy wsparcia, zaczęła poznawać ludzi i czerpać z ich wskazówek. Byli tacy, którzy naprawdę świetnie sobie radzili i pomimo utraty wzroku prowadzili spełnione życie, dokładnie tak, jak powiedział jej wtedy lekarz. Dowiedziała się o różnych fundacjach działających na rzecz osób z dysfunkcją wzroku, o różnych formach wsparcia, również o dofinansowaniu studiów i innych szkoleń. I wtedy trafiła na taką fundację, w której właśnie prowadzono rekrutację do nowego projektu. Chętnie skorzystała z organizowanych przez fundację warsztatów coachingowych, chociaż jeszcze nie miała pojęcia, na czym one polegają. Ponieważ jednak od zawsze miała w sobie potrzebę rozwijania się i pójścia dalej, poczuła, że to coś dla niej. Przy okazji poznała inne osoby niewidome i słabo widzące, zmagające się z podobnymi ograniczeniami. To była dla niej wielka inspiracja, słuchać siebie nawzajem i wymieniać się swoimi doświadczeniami. Dało jej to ogromne wsparcie i poczucie, że ktoś nareszcie ją rozumie…

Po warsztatach poczuła się bardziej pewna siebie i łatwiej było jej zaakceptować swoją niepełnosprawność. Doceniła swoją wartość oraz to, co już ma, czyli swoje predyspozycje, talenty i umiejętności. Odkryła też, czym chciałaby się zajmować w życiu. Chciałby pomagać innym i postanowiła szukać dla siebie pracy w organizacji pozarządowej, o czym do tej pory nie myślała. Coaching był dla niej bardzo pozytywnym doświadczeniem. Poczuła się silniejsza, bardziej zadowolona i wdzięczna za wiele rzeczy w życiu. Uświadomiła sobie, że utrata wzroku to nie koniec życia tylko inny jego etap, mogła jeszcze wiele zrobić, przeżyć, wiele się nauczyć. Teraz wie, że wszystko zależy od niej, czy otworzy się na to, co życie niesie, czy zamknie się ze swoją niepełnosprawnością i frustracją w domu. Przecież jest tyle aktywnych osób, które żyją pełnią życia pomimo swoich ograniczeń… Patrycja postanowiła brać z nich przykład i iść do przodu.

Dzisiaj, ponad pół roku od początku tej historii, Patrycja pracuje w jednej z fundacji działających na rzecz osób z niepełnosprawnościami. Pracuje zdalnie i zajmuje się tym, co lubi najbardziej – poleca książki, filmy, sztuki dostępne online, opisuje je i recenzuje. Wykorzystuje w ten sposób swój talent do pisania. Być może po pandemii przeniesie się do miasta i będzie pracowała w biurze fundacji. Dzięki coachingowi, otwarciu się na zmiany i poznanym ludziom, rozpoczęła nowy rozdział swojego życia. Dużo szczęśliwszy.

O coachingu więcej w poprzednim artykule „Pora na zmianę, czyli o coachingu słów kilka”.   

Autorka: Agnieszka Mikołajewska